Po drugiej stronie Giewontu: Zimowe wspomnienie Bałkanów
Ponoć 87% motocyklistów podróżujących po różnych zakątkach Europy i Świata to właśnie zimą zastanawia się, gdzie pojechać za kilka miesięcy. Jeśli jeszcze nie wiesz, w którą stronę się kierować - polecam Bałkany!
Dość długo zwlekałem z napisaniem tych kilku słów o bałkańskiej wycieczce. Cierpliwie czekałem na śnieg, który zasypie wszystko dookoła i zachęci do motocyklowych wspomnień. Ale zima w tym roku nie dopisała (z czego akurat szczególnie cieszą się motocykliści) i chyba przyszła ostatnia chwila na pisanie, bo od dziś przychodzi piękne słońce i na dobre już otwieramy sezon motocyklowy 2014 :)

Ale do rzeczy. Bałkański wyjazd "wyskoczył" nam dość niespodziewanie. Mój kompan, Staszek Para z Bukowiny Tatrzańskiej, z którym wspólnie byliśmy w 2012 roku na wyprawie Bukovina Moto Tour (więcej o niej możecie poczytać klikając TUTAJ), i ja - mieliśmy zdecydowanie niedosyt przejechanych kilometrów z powodu pogodowo kiepskiego zeszłorocznego sezonu. Mniej więcej w połowie sierpnia zdecydowaliśmy, że trzeba gdzieś wreszcie wyjechać - gdzieś, gdzie tanio i ciepło. Padł pomysł wyjazdu do Bułgarii, a reszta to jakoś klarowała się z dnia na dzień. I tak 4 września siedliśmy na nasze motorki i pojechaliśmy w kierunku Morza Czarnego.


Słit focia za pół kafla


Do granicy odprowadzili nas zaprzyjaźnieni motocykliści. Może to dla niektórych śmieszne i banalne, że motocykliści odprowadzają się przed wycieczką, ale jest to tak miłe, że aż na pożegnanie łza się w oku kręci :)



Pożegnanie i ostatnia fotka na granicy polsko-słowackiej
.

Przez Słowację i Węgry przejechaliśmy tak sprawnie, że aż zapomnieliśmy o e-winietkach na madziarskich autostradach. Tak spragnieni byliśmy jazdy. Mniej więcej do połowy Węgier drogi super, ruch umiarkowany, tylko policji bardzo dużo. Z każdym kilometrem przybliżającym nas do granicy z Rumunią rosła ilość i wielkość dziur. Wtedy nam się wydawało, że już jest źle. Dziś z perspektywy czasu wiem, że było bardzo znośnie.



Zbieranie naklejek z kodami państw to taki mój konik :) Wbrew pozorom nie tak łatwo dostać takie naklejki.
W niektórych państwach w ogóle są niedostępne. W takim przypadku, po wyprawie, pozostają serwisy aukcyjne albo zaprzyjaźniona drukarnia.




Na węgiersko-rumuńskiej granicy.


Pierwszego dnia naszym celem była rumuńska wioska Sapanta nieopodal granicy ukraińsko-rumuńskiej. Znajdujący się tam Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel) wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kolorowe, drewniane nagrobki przedstawiają sceny z życia mieszkańców i powód ich odejścia na tamten świat. Fajnie to wygląda :) Na każdym z pomników wyrzeźbione są również wierszyki, których ni w ząb nie rozumieliśmy, ale widząc uśmiechnięte miny rumuńskojęzycznych turystów, którzy je czytali - chyba były dowcipne i wesołe.

Po wizycie w tej nietypowej nekropolii zaczęliśmy szukać noclegu. Chcąc poinformować rodzinę i znajomych, że już dojechaliśmy do celu pierwszego dnia wyprawy "słit focia" z cmentarza po kilkukrotnych nieudanych próbach wysyłania wylądowała na fejsbuku. Lajki, kilka komentarzy i te sprawy. Dopiero po przyjeździe do domu i po otrzymaniu rachunku za telefon okazało się, że to trwające kilka minut połączenie z internetem, pomimo wykupienia pakietów internetowych na kraje UE, kosztowało mnie bez mała pięć stów. Nie zauważyłem, że z powodu bliskości granicy z Ukrainą telefon przełączył się na ich sieć, a tam koszty transmisji danych są już duuuuużo wyższe. Cóż... (kosztowna) nauczka na przyszłość.



Wesoły Cmentarz w Sapancie. Po lewej stronie instagramowo-fejsbukowa fotka, której wysłanie do internetu kosztowało majątek.


Z noclegiem w okolicy nie było problemu. Kilka campingów, kwatery prywatne - wszystko w okolicy. Spragnieni obozowego życia wybraliśmy camping, ale okazało się, że wynajem niewielkiego domku kosztować nas będzie mniej niż postawienie dwóch namiotów. Wieczór minął w typowo wyprawowy sposób: relaks, przeżywanie dnia minionego, przygotowania do kolejnego i znów relaks :)



Czasami na campingu taniej wychodził wynajem małego domku niż postawienie dwóch namiotów.



Szwajcarski ser na łuku Karpat


Plan na drugi dzień wyprawy był banalnie prosty - powłóczyć się tu i tam, zahaczyć o rumuńskie góry i Wąwóz Bicaz aby na koniec dotrzeć możliwie blisko trasy Transfogarskiej - mekki dla motocyklistów. Z kilometra na kilometr jakość dróg leciała na łeb na szyję. A że jechaliśmy bocznymi drogami - widać, że latami nikt o nie nie dbał. W położonym ładnych kilkadziesiąt lat temu asfalcie powstały dziury takich rozmiarów, że prędkość jazdy spadała do 20 km/h a w Staszka motocyklu zaczęły odpadać plastikowe owiewki. Mijany po drodze mercedes "okularnik" z dosłownie wyrwanym zawieszeniem przedniego koła dał nam do myślenia, co się może stać, jak pojedziemy za szybko i trafimy na któryś z kraterów. Od czasu do czasu przekraczaliśmy główne drugi, na których dla odmiany nawierzchnia przypominała tą z niemieckich autostrad. Albo i jeszcze lepszą. Ale to przecież nie o to chodzi, żeby cały czas jechać po płaskim, nie? Przy najbliższej okazji wracaliśmy na te boczne drogi, bo to tam najlepiej było widać, jak wygląda prawdziwa Rumunia.



Rumuńskie drogi boczne są fatalne. Już lepiej by było jechać szutrówkami. Ostre krawędzie wyrw w asfalcie bez problemu rozwalą obręcz koła.




Po drodze wiele obiektów sakralnych i zameczków z charakterystycznymi dachami.
Tu cerkiew na Przełęczy Prislop (Pasul Prislop) 1413 m n.p.m. (Jolu - dzięki za podpowiedź :))


A ta Rumunia wioskowa, malownicza i przypominająca trochę Polskę z dawnych lat - momentami biedna, momentami ociekająca bogactwem. Chociaż takie odczucie skrajności towarzyszyło nam już prawie w każdym kolejnym bałkańskim państwie. Mijaliśmy rolników, którzy na rozpadających się furmankach z wychudzonymi końmi całymi rodzinami ruszali na wykopki, mijaliśmy ogromne koczowiska ludzi żyjących w skrajnej biedzie, w szałasach posklejanych z byle czego, ale i mijaliśmy piękne posiadłości z drogimi autami. W wielu miejscach tablice informujące o odbudowie miejscowości z środków Unii Europejskiej. Czasami aż strach pomyśleć, jak wyglądało to wcześniej, skoro i po odbudowie przypomina ruinę.


Jakoś tak swojsko w tej Rumunii :)

Za to góry - piękne. Zielone wzgórza przypominające w wielu miejscach Bieszczady. I nawet mają podobny zapach. Wąwóz Bicaz - wyrzeźbiony przez rzekę kanion, którego ściany dochodzą do 400 m wysokości, robi niesamowite wrażenie. Niestety droga, która przez niego przechodzi jest bardzo ruchliwa, a pojazdy - często w dość kiepskim stanie technicznym, mkną tędy typowo po rumuńsku - z dużą prędkością i piskiem opon na każdym zakręcie. Zmykaliśmy stamtąd szybko, choć tych przyjemnie przytłaczających widoków i dźwięku silników naszych motocykli spotęgowanego przez odbicia od skał długo nie zapomnimy.


Wąwóz Bicaz i niebezpieczny zakręt, z którego wialiśmy przed szalonymi lokalesami za kółkiem.

Dzień zakończyliśmy na przedgórzu Gór Fogarskich, najwyższego pasma Karpat Południowych oraz całej Rumunii. Znaleziony naprędce nocleg przy przydrożnej stacji benzynowej okazał się całkiem znośny, a i cena nie przerażała. Z mojego motocykla, choć oba pilnowane były przez obsługę stacji, ktoś niestety skradł przypiętą do toreb aluminiową manierkę. Jej wartość może nie by była za wielka, ale sentymentalna owszem - towarzyszyła mi w wyprawach od czasów harcerstwa. Trudno, może komuś się bardziej przyda :)


Ostatnie zdjęcie mojej pięknej, aluminiowej manierki, która teraz służy komuś w Rumunii.


Przez Fogarasze ostatni raz bez fajek

Zapomniałem wspomnieć o pogodzie, która od wyjazdu cały czas nam dopisywała. Świeciło słońce, a temperatura wahała się od 10 do 17 stopni. Chłodniej było w górach, ale i tak bardzo przyjemnie.

Droga Transfogarska, która była kolejnym celem naszej wyprawy, to taki motocyklowy pewnik - jej przejechanie daje sporo satysfakcji, choć akurat nie jest to żadna trudność. Zbudowana w latach 70-tych droga przecinająca Góry Fogarskie to jedna z pozostałości po rządach komunistycznego dyktatora Nicolae Ceausescu. Jej budowa miała znaczenie militarne, odbywała się w szybkim tempie a podczas prac zginęło 40 żołnierzy. Ponad 100 km zakrętów, tuneli, wiaduktów, górskich widoków i wjazd na wysokość 2034 m n.p.m. - a to wszystko pomiędzy dwoma największymi rumuńskimi szczytami - to właśnie to, co motocykliści lubią najbardziej.


Partyzancko-parkingowe śniadanko przed zdobywaniem trasy transfogarskiej.


Pierwsze kilka zakrętów za nami. Przypomniały nam się alpejskie winkle, których mieliśmy aż dość w 2012 roku podczas wyprawy Bukovina Moto Tour.


Zakręty i góry, czyli motocykliści w swoim żywiole.

Widoki takie trochę tatrzańskie. A i stada owiec jakieś takie podobne do naszych. Mijany po drodze, widać na oko, zmęczony życiem baca, który wymownym gestem pokazał "koledzy, poczęstujcie jakąś fajką" wzbudził w nas taką litość, że od następnej wyprawy w kufry, poza suszoną kiełbasą, butelką wody ognistej i cukierków dla przypadkowo spotkanych dzieciaków, włożę paczkę "malborasów"... tak na wszelki wypadek.


Zgubiona godzina i dziwne krzaczki


Jak tylko minęliśmy góry od razu zrobiło się cieplej. Nasze stare kości zaczął ogrzewać wiatr od Morza Czarnego i nie mogliśmy się już na niczym innym skupić. Szybka narada i decyzja - grzejemy prosto nad morze. Co okazało się wcale nie takie proste, bo sam przejazd okolicami rumuńskiej stolicy, Bukaresztu, z gigantycznymi korkami, których nie sposób ominąć przez półmetrowe (serio!) koleiny, graniczył z cudem. Za to w głowie utkwił mi widok przydrożnych sprzedawców, którzy w japonkach doganiali w biegu jadącą w korku ciężarówkę, wskakiwali na schodki i wieszali się jedną ręką na lusterku. Drugą ręką w tym czasie z torby pokaźnych rozmiarów wyciągali i oferowali kierowcom przeróżne gadżety: ajfony, tablety i kupę innego sprzętu, który pewnie jeszcze nie miał swojej oficjalnej premiery. Wyglądało to dość zjawiskowo.


Granica rumuńko-bułgarska i pierwsza styczność z cyrylicą.

Jakoś wreszcie dowlekliśmy się do Bułgarskiej granicy, którą bardzo sprawnie udało się przekroczyć, bo to przecież Unia. Ale okazało się, że jest pewien problem. GPS zgłupiał, a ja razem z nim. Na klawiaturze pojawiły się jakieś dziwne znaczki, które do tej pory spotykałem tylko przy okazji oglądania filmów z kompilacją wypadków z rosyjskich dróg - cyrylica. Jako należący już do tego pokolenia, które w szkole miało tylko angielski i niemiecki (bo to ponoć jedyne słuszne języki! :)) czułem się, jak sześciolatek w szkole. Musieliśmy kupić oryginalne mapy na stacji benzynowej i do nawigacji "przerysowywać" bukwy, bo napisać nie potrafiłem. Na szczęście tablice większych miast w Bułgarii są dwujęzyczne, co pozwoliło na szybki kurs podstawowych zasad pisowni.


Oryginalne, bułgarskie mapy i kolejna naklejka do kolekcji. Nawet w tych mapach część miejscowości pisana jest naszymi literkami, a nie cyrylicą.

Tak nam się już chciało dojechać do Morza Czarnego, że zupełnie zapomnieliśmy o różnicy czasu. Nie dość, że szybciej się ciemni, to i jeszcze godzina do przodu. Takim sposobem do nadmorskiej Varny (która nagle stała się Baphą) dojechaliśmy mocno wieczorem. Błądząc po okolicy w poszukiwaniu noclegu wybraliśmy w końcu pierwszy lepszy. Właściciel przydrożnego motelu, do którego przyjeżdża wielu Polaków, zaproponował nam "przenocowanie" motocykli w głębi swojej parceli, bo jak sam przyznał - okolica nieciekawa. Widząc nasze zmęczenie dał nam nawet duży, obszerny pokój w cenie małej klitki. Tylko pani śpiewaczka, która przy kolacji wrzeszczała do mikrofonu raz lokalne pieśni bułgarskie, raz przeboje Whitney Houston, chyba była niepocieszona, bo jak usłyszała, że my nie z Warszawy, to nas olała i poszła śpiewać do stolików innych gości.


Poranny rzut oka na Varnę.



Zaślubiny z Morzem Czarnym. Od tego momentu jazda nam się już nie kleiła, a myśl tylko jedna - na plażę!



Bułgaria na złoto i szaro-buro


Jak już rano zobaczyliśmy okolicę, w której jesteśmy, to jakoś się tak błogo na sercu zrobiło. Aż zachciało się troszkę poleżakować nad wodą i odpocząć po przebytych ponad 2 tys. km. Powłóczyliśmy się troszkę po wybrzeżu, aż w końcu padła decyzja, że nie idzie nam dziś ta jazda i rzeczywiście trzeba odpocząć. Po przejechanych zaledwie 200 km tego dnia znaleźliśmy camping, z którego rozpościerał się piękny widok na morze. Szybki serwis motocykli, pranko i znów relaks na piaszczysto-kamienistej plaży.



Nasze obozowisko na klifie i...



... widok z namiotu :)


Rano aż ciężko się wstawało po tym "relaksie". Ale komu w drogę... Ruszyliśmy w głąb Bułgarii. Cel - macedońskie Jezioro Ochrydzkie. Wystarczyło przejechać kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża, aby poznać drugą stronę Bułgarii. Piękne, turystyczne, nadmorskie kurorty zamieniły się w szare pozostałości po minionej epoce. Mijaliśmy po drodze wielkie, pozostawione same sobie zakłady produkcyjne, kombinaty, betonowe molochy, które czasy świetności mają już dawno za sobą. I często szerokie na kilkanaście metrów asfaltowe drogi, które dziurawe i poprzekłuwane kępami trawy przypominają okolice ukraińskiego Czarnobyla i pozostawionego w popłochu miasta Prypeć. Od czasu do czasu w wioskach, podobnie jak w Rumunii, tablice z informacją o odrestaurowaniu z funduszy unijnych. Miną jeszcze lata świetlne, zanim te tereny rozkwitną na nowo.

Do macedońskiej granicy tego dnia nie dojechaliśmy. Znalazł się po drodze bardzo miły i bardzo tani hotel. I ochrona nocna dla motocykli. Za strażnika na całą noc - po 1 € od motocykla.


Parking w ogródku piwnym przy hotelu z prywatną ochroną za 1€ od motocykla.


Macedońsko-albańskie strachy na lachy

Oj... ile to nasłuchałem się, jak to tam w tej Macedonii źle, niebezpiecznie i w ogóle - złodziej na złodzieju. A w Albanii to już w ogóle - tragedia. Takie pojęcie ma wiele osób, które o tych krajach coś tam tylko wiedzą z medialnych doniesień. A rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Już na granicy bułgarsko-macedońskiej mili strażnicy graniczni dopytywali się o nasze plany, rozdawali ulotki zachęcające do zwiedzania ich kraju i w żartach podpuszczali nas do odpowiedzi, która marka lepsza - bmw czy yamaha. Nie rozwialiśmy ich wątpliwości, bo jak odjeżdżaliśmy to panowie nadal między sobą prowadzili dyskusję o wyższości jednej marki nad drugą.


Do Macedonii koniecznie trzeba przyjechać na dłużej. Piękne widoki i niesamowita historia to główne atuty tego kraju.

Macedonia bardzo przyjemna. Piękne drogi, o wiele lepsze niż w Bułgarii. Bardzo ładne, górskie pejzaże. Wiele przydrożnych kapliczek - małych, misternie rzeźbionych miniaturowych domków, i dużych z ławeczkami i miejscami na odpoczynek. W kaplicach pozostawione pieniądze na zakup świec, które w prawosławiu zapala się w danej intencji. Takich pieniędzy, choć leżą bez nadzoru, nikt nie tknie. Niestety dookoła mnóstwo śmieci, które bardzo psują ogólną ocenę tego pięknego kraju.



W wielu miejscach widać biedę, ale pieniędzy z kapliczek nikt nie ruszy.


Giewont macedoński :)

I zobaczyliśmy Giewont z drugiej strony :) Jak się okazało po powrocie do domu, to bardzo podobny szczyt. Macedońska wersja naszej symbolicznej góry to Kozjak i ma około 100 m mniej - 1795 m n.p.m.


Obowiązkowa kąpiel w Jeziorze Ochrydzkim.

Do kolejnego celu naszej wyprawy, nad Jezioro Ochrydzkie, zajechaliśmy popołudniu. To najstarsze europejskie jezioro, którego głębokość sięga prawie 300 m wpisane jest na światową listę dziedzictwa UNESCO. Ostatnio głośno było o tym, że postępująca zabudowa brzegów tego pięknego zbiornika, szczególnie po albańskiej stronie, doprowadzi wkrótce do całkowitej zmiany okolicy. Z noclegiem nie było problemu: w okolicy hotel na hotelu.



Macedońska część wybrzeża Jeziora Ochrydzkiego piękna, zielona, zadbana i ukierunkowana turystycznie...


... za to po albańskiej stronie praca wre - rosną nowe inwestycje tuż na skraju tafli jeziora.

Zarówno Albania, jak i Macedonia, zostały przez nas tylko "liźnięte". Są do piękne kraje, z ogromnie ciekawą historią, do których koniecznie trzeba będzie kiedyś wrócić na dłużej. Bo przez Albanię dosłownie przelecieliśmy. Zatrzymaliśmy się tylko dwa lub trzy razy na postój. Nadchodzące czarne chmury i ulewne deszcze przez Albanię przepchnęły nas na Czarnogórę i tam znaleźliśmy kolejny nocleg.


Widok spod bramy Cytadeli Rozafa w albańskiej miejscowości Shkoder.


W czarnogórskim, motocyklowym raju


W Czarnogórze postanowiliśmy pozostać dwie noce. Znaleźliśmy pokój na campingu, zaledwie 50 m od zatoki w okolicach Kotoru. Staszek postanowił odpocząć, mnie ciągnęło do jazdy. I choć całą noc lało i grzmiało, a poranek nie zachęcał do jakiegokolwiek wyjazdu - to był motocyklowo najpiękniejszy fragment wyprawy.


Widok na zatoki w okolicach Kotoru.

Wyjazd z campingu, szybka przeprawa promem i już po kilkunastu minutach jazdy wspinam się w górę. Ponad kilometr różnicy wniesień osiągam błyskawicznie - kręte drogi, jakby wczoraj oddane do użytku, a do tego puściutkie, wiodą mnie dolinami przypominającymi nasze tatrzańskie Pięć Stawów. Kierunek: Żabljak - takie ichnie Zakopane. Po drodze mijam najwyższe pasmo Gór Dynarskich - Park Narodowy Durmitor a następnie dojeżdżam do mostu Durdevica na rzece Tara. To tu kręcono zdjęcia do słynnego filmu z 1978 roku "Komandosi z Nawarony". Woda z wysadzonej tamy pędzi i rozwala potężny most, a kroczące po nim niemieckie wojska wpadają w potężny wir żywiołu. Na szczęście most jeszcze stoi i ma równie ciekawą, nie filmową historię, którą warto odgrzebać w zakamarkach internetu.



Widoki w Czarnogórze zapierają dech w piersiach. Boczne dróżki bez zakazów wjazdu przecinają również parki narodowe.



W bliskiej odległości znajdują się nadmorskie zatoki, wysokie góry, wyżyny, kaniony i wiele innych ciekawych do zwiedzenia miejsc.



Most Durdevica na Tarze - tu kręcono sceny "Komandosów z Navarony".


Przełom rzeki Tara.


Droga położona jest tuż przy skale. Spadające odłamki często tarasują drogę. Kilka osób już zginęło po odurzeniu odłamkiem.

Od mostu jadę wzdłuż niesamowitego przełomu rzeki Tara. Najgłębszy w Europie i jeden z najgłębszych na świecie kanion ciągnie się przez 80 kilometrów, a jego głębokość dochodzi miejscami do 1300 metrów. Problemem są leżące na drodze kamienie, które odpadają od skalistych, nie zabezpieczonych niczym zboczy. Piękno okolicznych widoków sprawia, że nie zauważam szybko ubywających kilometrów i na oparach, jadąc prawie 100 km na rezerwie, docieram do jedynej w okolicy stacji benzynowej. Powrót z gór na wybrzeże, mijając po drodze Park Narodowy Lovcen, to kolejna porcja niesamowitych wrażeń. Nawet policjanci, którzy dość niespodziewanie "ustrzelili" mnie na 50-tce chyba widzieli tą moją ekscytację, bo tylko pouczyli, żeby wolniej, i puścili dalej bez mandatu.



Okolice parku narodowego Lovcen.



Park narodowy Durmitor.



Z gór prosto na wybrzeże. Okolice Podgoricy.

To czterystukilometrowe kółko po Czarnogórze, zupełnie nieplanowane i "w ciemno", sprawiło, że dopiero nabrałem ochoty na dokładniejsze odwiedzenie tego kraju. Krajobrazy dorównują tym alpejskim, a może nawet je przewyższają. Jak się weźmie pod uwagę różnicę cen pomiędzy np. Francją a Czarnogórą, to bez wątpienia każdy wybierze bałkańską republikę. Zakochałem się w Czarnogórze, przyznaję...



Można się zakochać w takich widokach.


Chorwacka pogodowa niegościnność


Dalsza podróż, po tym, czego doznałem w Czarnogórze, to monotonny powrót do domu. Oczywiście widoki chorwackich wybrzeży, okolice Dubrovnika i Makarska zapierają dech w piersiach, ale po kilkudziesięciu kilometrach takich samych obrazków staje się to opatrzone i nudne. Monotonię przerwał ulewny deszcz, który towarzyszył nam przez ponad 100 km. Dopiero w okolicach Sibenika przyszła okazja do wysuszenia i dojedzenia resztek prowiantu.



Chorwacka magistrala adriatycka to droga ciągnąca się wzdłuż wybrzeża przez wszystkie miejscowości turystyczne.
W ścisłym sezonie najczęściej zakorkowana - we wrześniu prawie pusta. Widoki z tej drogi piękne.




Dubrovnik - miasto, którego zwiedzenie trwa minimum dzień. My rzuciliśmy na nie tylko okiem, bo jeszcze tu kiedyś wrócimy.



Turystyka motocyklowa ma to do siebie, że czasami za ciepło, czasami za zimno, czasami za mokro - ale zawsze wspaniale.
Po nawałnicy na chorwackim wybrzeżu czekało nas suszenie. Ale w takich okolicznościach to można się suszyć tygodniami :)

W międzyczasie z Polski dotarły do nas najnowsze wieści - w górach przukurzyło, jest bardzo zimno i tęsknią za nami. Decyzja zapadła jednomyślnie - wracamy. Wskoczyliśmy na autostradę i znaleźliśmy jakiś nocleg 100 km przez Zagrzebiem. Piękny hotel z super jedzeniem za naprawdę niewielkie pieniądze. I z działającymi kaloryferami, co bardzo miło nas zaskoczyło. Obsługa pozwoliła nam schować motocykle do obszernego garażu, co zapewniło nam spokojny sen. Przydało się, bo ostatni dzień to nudne ponad 800 km drogi powrotnej z czego ostatnie 200 km w ulewie i temperaturze nieprzekraczającej 5 st. powyżej zera. Z powodu przemarznięcia pożegnalny "żółwik" na ostatniej prostej do domu o mało nie skończył się w rowie - tak nas przeziąbiło.


Summa summarum

Dziesięć dni w siodle, 10 odwiedzonych krajów, ponad 5 tys. km i wiele pięknych wspomnień. Koszty? W sumie koszt takiej wyprawy od osoby można zmieścić w 3 tys. złotych. Paliwo nieznacznie tańsze, niż w Polsce, campingi wręcz czasem nieopłacalne poza sezonem. Dobre i tanie jedzenie. Ale wrażeń i wspomnień nie sposób wycenić.

Zachęcam każdego, kto tylko ma możliwości, aby odwiedził Bałkany. Oczywiście jednośladem. Ja na pewno tam wrócę, tylko poduczę się cyrylicy i geografii :)

Szerokości! :)

Adrian Gładecki


Główny sponsor wyprawy
BUKOVINA terma*hotel*spa
 
Sponsorzy
Centrum Motocyklowe RIDER Kraków
 
Patronat medialny
Tygodnik Podhalański
Świat Motocykli
MotoRadio
 
 
© 2018 bukovinamototour.pl    Kontakt techniczny: Adrian Gładecki